Twoja wyszukiwarka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2009

Śmierć profesora Religi


Profesor Religa był bez wątpienia nie tylko najsławniejszym polskim kardiochirurgiem ale w ogóle najbardziej rozpoznawanym lekarzem. Sławę zdobył przełomowymi na swój czas, heroicznymi, często wielogodzinnymi operacjami na sercu, jako pierwszy w polsce wykonał udany przeszczep serca (co jeszcze do niedawna wydawało się niemożliwe). Zapewne część sławy wynikała również z jego kontrowersyjności (sporą część życia palił papierosy) i publicznej/politycznej działalności. Niestety nawet najbardziej znany polski lekarz nie był w stanie uniknąć chorób. W 2007 wykryto u niego złośliwy nowotwór płuca, pomimo szybkiej operacji nastąpił nawrót choroby i prof. Religa zmarł w dzień kobiet 2009. Czapki z głów. Rest in peace.

środa, 19 listopada 2008

Death certificates (zaświadczenia zgonu)

Pracuję teraz na oddziałach, gdzie ludzie raczej powinni zdrowieć (Szczególnie na reabilitacji), oststnio jednak w zwiazku z presją na łóżka szpitalne mamy znacznie więcej bardziej chorych pacjentów. Po tym jak ktoś umrze, obowiązkowe jest wypełnienie zaświadczenia o zgonie z podaniem jego przyczyn i różnych szczegółów. Podczas pierwszych 9 miesięcy wypełniłem w sumie chyba ze 3 takie certyfikaty. Przychodząc dziś do pracy miałem do wypełnienia jeden, którego nie mogłem zrobić wczoraj. Po przyjściu dowiedziałem się, że jeden z pacjentów zmarł tej nocy, było to dosyć spodziewane, nie wiedzieliśmy tylko kiedy. Wtedy odzywa się bleep, aby poświadczyć zgon innego z pacjentów, pomyślałem sobie wtedy - "3 osoby, to trochę dużo jak na jeden dzień". Lecz za chwilkę podchodzi do mnie pielęgniarka: "Mógłby pan doktor sprawdzić, bo jeden z pacjentów chyba nie oddycha". 4 osoby to stanowczo za dużo.

sobota, 6 września 2008

Spójrz śmierci prosto w oczy

Medyczne dyżury na weekend to makabra. Niemalże niemalejąca lista pacjentów do zobaczenia i rzeczy do zrobienia. Kilkunastominutowa przerwa na posiłek tylko jeśli pracuje się bez przerwy na pełnych obrotach. Nic dziwnego, że dostaje się po takim weekendzie 3 dni wolnego.
Dziś pierwszy raz spojrzaem śmierci prosto w twarz. Dostałem bleep'a - pogarszający się stan pacjentki na drugim końcu szpitala. zakończyłem szybko to co robiłem i pobiegłem prosto tam, zostawiając po drodze mniej pilne rzeczy. Kiedy tam dotarłem kręciło się przy łóżku kilka osób, nasycenie krwi tlenem gwałtownie spadało, szybki rzut oka na notki medyczne, rak płuc z przerzutami i DNAR - nie rozpoczynać resuscytacji w przypadku zatrzymania krążenia. Wszystko skończyło siębardzoszybko. Jeszcze tylko kilka pośmiertnych oddechów, serce już nie bije. I ta niepewność, czy wyczuwam puls, czy to tylko mój własny, słyszę cicho serce, czy to też pulsuje w mych uszach. Stwierdzałem już kilkakrotnie zgon, jednak nikt nie umarł wcześniej na mych oczach. Dopiero co zmarli mają taki specyficzny żółty kolor, zanika zaróżowienie specyficzne dla żywych, to upewnia mnie o śmierci, brak oddechów, sztywne źrenice. RIP

czwartek, 3 kwietnia 2008

Nowe, niekoniecznie miłe doświadczenia.

Wystawiałem dzisiaj mój pierwszy Death Certificate i Cremation Form. Wystawiając dokument o śmierci w Anglii trzeba być bardzo szczegółowym i precyzyjnym, inaczej biuro coronera odezwie się z prośbą o wyjaśnienia. A na co właściwie zmarł ten pacjent? Miał wiele chorób, ciężkie zapalenie płuc, udar, był starszy, jelita odmówiły współpracy i jeszcze złamał kostkę, a może coś jeszcze o czym nie wiemy? Może miał nowotwór płuc a zapalenie było tylko przykrywką? Ale czy warto robić sekcję, rodzina z pewnością jest przeciwna i czy ja przypadkiem nie fantazjuję? W papierach wszystko musi być jasno i klarownie.
Przed kremacją trzeba sprawdzić, czy to jest właściwy pacjent, czy na pewno nie żyje i czy nie ma przypadkiem rozrusznika serca, podobno strasznie strzelają w piecu kremacyjnym. Tak naprawdę sprawdzałem czy pacjent na pewno nie żyje, przecież gdy widziałem go ostatnim razem jeszcze żył. Wydawało mi się, że w jego przypadku możemy pomóc, okazało się, że jednak nie.
Jakby tego było mało na następny dzień musiałem przeprowadzić rozmowę z koronerem, okazało się, że trzeba zgłaszać do niego wszystkie złamania, pomimo, że nie było ono bezpośrednią przyczyną śmierci a wyłącznie okolicznością towarzyszącą. A koroner pyta dosyć szczegółowo, na wszystkie jego pytania nie byłem w stanie odpowiedzieć, a akta były już w archiwum, no cóż, trzeba je jakoś wydobyć.

Śmierć człowieka, nie dość, że przykra sama w sobie to jeszcze otoczona wielką stertą biurokracji. RIP

sobota, 2 lutego 2008

Poświąteczny czwartek.

Nigdy nie wiadomo, co jest nam pisane, pacjentka, która wyglądała tak kiepsko chociaż dalej ciężka to jakoś się trzyma, natomiast inna, która wyglądała jeszcze w poniedziałek całkiem ok, zmarła wczoraj w nocy; nie znasz dnia, ani godziny :/ Dodatkowo rano dowiedziałem się, że znowu jestem on-call, trochę mnie to zdziwiło, bo jeszcze nie zdążyłem się otrząsnąć po poprzednim dyżurze, ale cóż, takie życie. Cały czas mój konsultant jest on-call, więc wszyscy nowi pacjenci trafiają do nas i w związku z tym obchód strasznie się przeciąga. Jedna z pacjentek znowu wróciła, wyglądała kiepsko, znacznie gorzej niż ostatnio, chociaż mówiła coś pod nosem, że jest dobrze. Dodatkowo mój bleep zaczyna się odzywać, lekarze pierwszego kontaktu chcą bym obejrzał kilku pacjentów, ok. w końcu jestem on-call. Pierwsza pacjentka z bólem brzucha, trochę niepokoi mnie to, że mogę wyczuć u niej pulsującą aortę brzuszną, zwłaszcza po ostatnich przypadkach ogromnych tętniaków aorty, doprowadzających pacjentów do wykrwawienia się. Może jestem przeczulony, bo registrar on-call nic nie podejrzewa. Później pani z bólem brzucha i zawrotami głowy, wyglądała trochę dziwnie, ale wyniki i zdjęcia wyglądają ok., więc została wysłana do domu. Jeden z pacjentów został odesłany dużo wcześniej, miał trochę spuchniętą ranę pooperacyjną, bez żadnych znaków zakażenia, więc nie ma sensu trzymać go na oddziale. Później zjawił się jeszcze pacjent z bolesnym brzuchem, biegunką i krwawiący z odbytu. Załatwienie wszystkich potrzebnych rzeczy zabrało sporo czasu, postanowiłem wraz z kolegą z drużyny podsumować wypełnione zadania, gdy zauważyłem, że wykreśla z naszej listy jedną z pacjentek, domyślałem się co się stało, potwierdził skinieniem głowy. RIP.

piątek, 4 stycznia 2008

Środa.

Owszem medycyna czyni cuda, ale czasem jest bezsilna. Dowiedziałem się, że pomimo wszystkich wysiłków, szybkiej operacji i bezpośredniego masażu serca pacjentka niestety zmarła. A tymczasem pacjentów przybyło, i to z dosyć złożonymi problemami. Sam obchód, w trakcie którego staraliśmy się zlecać wszystkie potrzebne badania trwał niemalże do 13 (wliczając drużynową naradę co robić przy kawie). Po takim obchodzie człowiek już czuje się wyczerpany, a to przecież jeszcze nie koniec pracy. Przy takiej ilości pacjentów człowiek się odmóżdża. Tak naprawdę całą środę czekałem na zakończenie pracy, ponieważ wieczorem byłem umówiony na mój ulubiony sport – badminton.

 
Twoja wyszukiwarka