Twoja wyszukiwarka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyżur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyżur. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 stycznia 2011

Just one of those days

Uff, co za dzień...
Mimo, że na psychiatrii zazwyczaj jest spokojnie, czasami zdarza się bardziej wymagający dzień.
Wiedziałem, że poziom stresu będę miał odrobinę wyższy niż zazwyczaj, ponieważ prezentowałem przed całym szpitalem jednego z pacjentów na moim oddziale. Dodatkowo miałem dyżur, więc zawsze jest możliwość, że będzie więcej do roboty. Ale dzień zaczął się w miarę spokojnie, wiedziałem, ze mam parę rzeczy do roboty na oddziale i później omówić prezentację z moim konsultantem, tak by on mógł zasugerować jakieś poprawki.
Chwilę przed tym jak miałem się spotkać zadzwoniono do mnie z innego oddziału, iż jeden z pacjentów potrzebuje pobrania krwi i jest to dosyć pilne a nikomu się nie udało, musiałem przełożyć na później badanie jednej z moich pacjentek. Sprawa rzeczywiście nie była najprostsza i wymagała kilkukrotnych prób, czas spotkanie z konsultantem nadbiegał...
Przeprosiłem go za drobne spóźnienie i zacząłem omawiać prezentację, gdy znowu odezwał się bleep - będę potrzebny, aby przyjąć pacjentkę na jednym z oddziałów i to wszystko niedługo przed tym gdy miałem rozpocząć prezentację...
Sprawa oczywiście okazała się nie tak prosta, zarówno pracownicy socjalni jak i pacjentka byli dosyć gadatliwi, gdy czas do rozpoczęcia prezentacji nieubłaganie uciekał. Nie miałem już czasu aby wszystko udokumentować i poszedłem do sali wykładowej.
Jedna z koleżanek zgodziła się potrzymać bleep gdy ja prezentowałem. Mini-wykład poszedł ok, ale widziałem, że bleep się odzywa i koleżanka wychodzi notując moje zadania na po skończeniu prezentacji.
Zabrałem się za to niezwłocznie, stan jednej z pacjentek się pogorszył, wyglądało to na ciężkie zapalenie płuc i w związku z ograniczonymi sposobami leczenia dostępnymi na oddziale zdecydowałem się przetransportować ją do szpitala internistycznego, zamówiłem karetkę itd.
W końcu czas aby coś zjeść, ponieważ pozostałe zaległe sprawy nie były aż tak pilne, kiedy dostaję telefon z oddziału, że ta pacjentka nie wyraża zgody na transfer. Starałem się wytłumaczyć przez telefon, że w tym stanie nie ma ona zdolności podejmowania decyzji i działamy w jej najlepszym interesie, dozwolone jest więc w tym przypadku użycie minimalnie potrzebnej ilości siły. Niestety nikt nie chciał 'na siłę' ratować jej zdrowia/życia, w obawie przed pozwem o pobicie, wybrałem się więc na oddział aby wszystko wyjaśnić. Niestety wszystkie próby przekonania zarówno jej jak i załogi karetki spełzły na niczym, mimo, iż mój konsultant się ze mną w mojej ocenie zgadzał nie mogliśmy w tej sytuacji nic zrobić. Załoga karetki niestety wykazała się niezrozumieniem prawa odnośnie tego typu sytuacji i odmówiła transportu pacjentki, 'aż do momentu, gdy zemdleje i przestanie protestować'. Niestety nic nie dało się w tej sytuacji zrobić podjęliśmy więc próbę leczenia jej dostępnymi nam środkami.
Udałem się na inny oddział aby wykonać zaległe zadania, po drodze spotkałem osobę, która zachowywała się dosyć podejrzanie, zapytałem więc czy mogę w czymś pomóc. Z rozmowy wynikło, że chciała znależć jeden z oddziałów aby zostać na niego przyjętą, ja wiedziałem, że ten oddział był pełny. W jaki sposób ta Pani tam dotarła (szpital jest w dosyć oddalonym i odizolowanym miejscu) i co dalej z nią zrobić pozostawało zagadką ;) Na szczęście miała list, iż była oceniona tego samego dnia i miała być odwiedzana w domu przez jedną z drużyn własnie tym się zajmującą, zorganizowałem więc transport z powrotem do domu, co za dzień...
Później starałem się nadrobić wszystkie zaległości, ta pacjentka z ciężkim zapaleniem płuc wydawała się odrobinę poprawiać, ale nie prognozowałem całej sytuacji zbyt pozytywnie.
Czas aby udać się do domu.

P.S. Następnego dnia okazało się, że ta stan pacjentki z zapaleniem płuc pogorszył się w nocy i nieprzytomna została pilnie przetransportowana na internę, tak jakby o tym wiedziałem i starałem się zapobiec, ale czasami z systemem się nie wygra, na szczęście po kilku dniach doszła do siebie.

sobota, 1 stycznia 2011

Nocki w szpitalu, sylwester

Dla osób dalej zastanawiających się nad karierą lekarza: niestety mało prawdopodobne, że cały okres Świąteczno-Noworoczny uda wam się uniknąć dyżurów, jak wpływa to na życie osobiste... cóż, warto mieć wyrozumiałego partnera ;)
W wigilię musiałem zostać do 21, bo lekarka, która miała mieć dyżur utknęła w Indiach przez śnieg w Anglii i cała moja przyszła rodzina postanowiła czekać aż przyjadę.
Pierwszy raz od 4 lat nie pracowałem w same Święta, ale sylwestra i Nowy rok musiałem niestety spędzić w szpitalu.
Spodziewałem się trzęsienia ziemi, wiecie szpital psychiatryczny na sylwestra... ale o dziwo przez całą noc nie miałem ani jednego telefonu, podobnie było w noc noworoczną. Bardzo mnie to zdziwiło, bo gdy pracowałem na nocki dwa tygodnie wcześniej miałem po 4 przyjęcia na noc (na psychiatrii to 1.5-2 godziny na pacjenta) i inne pomniejsze telefony z oddziałów. Koleżanka oceniająca pacjentów na izbie przyjęć miała duużo więcej roboty.
Szczerze powiedziawszy to nie wiem czy nie wolałbym być zajętym przez noc, bo tak to tylko żałowałem, że sam gdzieś hucznie nie witam Nowego Roku.














W każdym razie pewnie to sobie odrobię i życzę wszystkim wspaniałego 2011, aby był najlepszym rokiem pod każdym względem i niemal tak dobrym jak 2012. Wszystkiego dobrego. Wiktor

Dyżury w szpitalu, sekcja 136

Przez pierwsze 3 miesiące moje dyżury polegały na ocenie pacjentów w izbie przyjęć, wysyłałem część do domu a część wymagała przyjęcia na oddział, ale to należało już do innego lekarza.
Najczęściej była to ocena stanu psychicznego i ryzyka po próbie samobójczej, przedawkowaniu leków etc. Przykładem może być chociażby pisany wcześniej 'wymagający przypadek'.
Kolejne 3 miesiące moje dyżury odbywam w szpitalu, przyjmuje nowych pacjentów, najczęściej są oni już znani i wiadomo o co chodzi, dodatkowo jestem jedynym lekarzem w przypadku jakichkolwiek medycznych problemów, jest to pod tym względem dużo spokojniejsze niż praca podczas stażu, najbardziej wymagająca jest ocena pacjentów przywiezionych przez Policję. Potocznie nazywa się tą część pacjentów '136', jest to numer sekcji prawa o zdrowiu psychicznym, które mówi, że Policja może zaaresztować kogoś, kogo podejrzewa o zaburzenia psychiczne i zagrożenie zdrowiu swojemu lub innych w publicznym miejscu i zabrać taka osobę do 'bezpiecznego miejsca'.
W związku z pilnością całej sprawy często bardzo mało wiadomo o takim pacjencie i niestety często są to osoby pod wpływem alkoholu/narkotyków co bardzo utrudnia właściwą ocenę ich stanu psychicznego, typu: 'chcę się zabić, bo nikt mnie nie lubi', które najczęściej nie wynika z zaburzeń psychicznych a jedynie z efektów alkoholu i szybko przechodzi.
Tego typu pacjenci mają być ocenieni w oddzielnym, specjalnie przygotowanym pomieszczeniu. Wynika to częściowo z tego, że nie są formalnie przyjęci do szpitala, ale też z tego, że potrafią być bardzo agresywni. Agresja może wynikać chociażby z faktu bycia pozbawionym wolności i w kajdankach.
Podczas jednego z dyżurów, miałem sytuację, gdy dwie tego typu pacjentki przywieziono niemal w tym samym czasie. Pierwszą udało się ocenić w miarę szybko i zdecydowałem przyjąć ją na oddział. Druga jednak była bardziej wymagająca, bardzo pobudzona. Przeklinała i wypowiadała nieprzyzwoite rzeczy w towarzystwie swojego partnera, m.in. żądając narkotyków i proponując aktywność seksualną (to wszystko w czasie zbierania historii), trudno było ustalić z czego wynikało takie pobudzone zachowanie, więc również musiała zostać przyjęta do dalszej, szczegółowej oceny.

czwartek, 7 stycznia 2010

Opady śniegu i 24godzinny dyżur

Nawet niewielkie opady sniegu potrafia sparalizowac Wielka Brytanie. W miejscu, gdzie mieszkam opady byly najwieksze od 30lat i drogi nieprzejezdne przez kilka dni, ale ja w zwiazku z tym mialem ciekawe przygody.
Normalnie pracuje w przychodni lekarza rodzinnego, ale czasami kiedy nie ma kto dyzurowac dzwonia po mnie ze szpitala, tak aby popracowac wieczorem.
Tak tez stalo sie jednego wtorku, Medical Staffing zadzwonilo po mnie aby dyzurowac na ortopedii wieczorem. Zakonczylem wiec prace w przychodni troche wczesniej i pojechalem do szpitala. W trakcie drogi zaczal padac snieg, co jest dosyc nietypowe, ale udalo mi sie dojechac. Wieczor uplynal dosyc spokojnie, jednak na zewnatrz zgromadzila sie pokazna ilosc nietopniejacego sniegu. Dostalem tez w miedzyczasie e-maila z informacja, ze opady najprawdopodobniej sprawia, ze drogi beda nieprzejezdne. I pod koniec dyzuru zaczelo sie robic coraz bardziej busy, bylem zmeczony i chcialem przekazac zmieniajacemu mnie lekarzowi potrzebne do wykonania zadania. Niestety coraz bardziej sie spoznial, po jakims czasie okazalo sie, ze utknal na swoim podworku i nie jest w stanie dojechac do szpitala.
Sytuacja bardzo wyjatkowa, zdecydowalem wiec, ze musze zostac rowniez na nocke, co oznaczalo prace przez w sumie 24 godziny i odpowiadanie za nowe przyjecia i pacjentow z chirurgi, ortopedii, urologi, laryngologii i ginekologii. Potrzebowalem wiec krotkiej przerwy na kolacje i mocna kawe.
Po krotkim czasie okazalo sie, ze nie byl to zbyt szczesliwy zbieg okolicznosci. Ludzie widzac snieg po raz pierwszy czasami w swoim zyciu srednio sobie z nim radzili. Niestety dla ortopedii oznacza to duzo zlamanych kosci i dla mnie bardzo pracowita noc. Musialem wlac w siebie sporo kawy aby nie przewrocic sie ze zmeczenia, ale jakos przebrnalem przez 24godzinny dzien. Nad ranem trzeba bylo jeszcze zaprezentowac przyjetych w nocy pacjentow. Okazalo sie, ze malo kto dotarl do szpitala, niektorzy brnac przez snieg przez ponad 2 godziny.
Nie bylo lekko, ale przezylem, nowe doswiadczenie. Pracujac w tym zawodzie czasami tak trzeba.

niedziela, 8 listopada 2009

Nocki 2

Kolejny tydzień nocek, sam się zgłosiłem (koleżanka ze względów zdrowotnych nie mogła wtedy pracować a mi obiecano dodatkowy tydzień urlopu).
Dosłownie w pierwszej minucie zostałem poproszony o potwierdzenie zgonu, pomyślałem sobie - no ładnie się zaczyna, ale tak naprawdę większość tygodnia była spokojna.
W związku z jesienią dużo więcej jest infekcji dróg oddechowych i pacjenci internistyczni zajmują łóżka chirurgiczne, wtedy zajmuję się nimi lekarz pracujący na internie. Ze względu na natłok pacjentów wstrzymano nawet niektóre planowe operacje chirurgiczne, co oznacza mniej pacjentów i potencjalnych komplikacji/problemów.
Było dosyć spokojnie, ale zawsze w ciągu tygodnia coś do roboty się znajdzie.

Jednym z momentów, który na pewno utknie w mej pamięci był widok poroninego 12-tygodniowego płodu, jeszcze połączonego do pępowiny. Młoda matka, zrozpaczona, chciała koniecznie opuścić szybko szpital pomimo tego, iż nie wydaliła jeszcze łożyska. Jednym z najtragiczniejszych przeżyć dla kobiety jest zapewne poronienie. Widok kilkunastotygodniowego plodu zwisającego na pępowinie między nogami matki jest dość szokujący. Jedyne co mogliśmy robić to zapewniać, że to nie jej wina i prosić matkę aby została aby usunąć łożysko, ponieważ chciała jak najwcześniej wracać do domu. Na szczęście udało się wytłumaczyć, że grozi to niebezpiecznym krwawieniem, infekcją i zagraża przyszłą niepłodnością. Trudno do końca wczuć się w jej sytuację, w takich momentach przydała by się pomoc psychologa, jednak takich możliwości nie ma w środku nocy i pozostaje jej tylko to na ile ja jestem ją w stanie pocieszyć.

Pomimio tego, że nie śpi się całą noc trudno jest przespać się w trakcie dnia. Zmęczenie akumuluje się stopniowo przez cały tydzień.

Pomimo dosyć spokojnego tygodnia ostatni dzień zaczął sie nieciekawie, 4 pacjentów oczekujących na zobaczenie i pełna izba przyjęć – co oznacza kolejne skierowania. Pomimo spraw do zrobienia na oddziałach nie byłem w stanie opuścić A+E do 3 w nocy.

Na oddziale ortopedycznym często podejmuje się operacji zdecydowanie starszych i nie do końca zdrowych osób wychodząc z założenia, że nie przeżyli by leżenia w łóżku przez kilka tygodni, tak by złamanie się zagoiło. Niestety często zdarza się, że takie osoby umierająw trakcie operacji lub wkrótce po niej w wyniku komplikacji. Jeśli już ortopeda zdecydował się operować to często zapada decyzja, że pacjent nie jest do reanimacji w wypadku zatrzymania krżąenia, jednak do pełnego aktywnego leczenia. Pozostawia to często bardzo chorego pacjenta do opieki przez minimalna ilość pracowników medycznych w nocy. I oczywiście to zdarzyło się w ostatnią noc.

Kilka godzin zmagań po których zdecydowaliśmy wspólnie z bardziej doświadczonymi kolegami, że tej sprawy już nie wygramy. Tuż przed samym zakończeniem nocek zostałem wezwany by poświadczyć zgon.

Niemalże klamra, jaki początek taki koniec. Teraz tydzień wolnego by dojść do siebie, tydzień zwyczajnej pracy i znowu nocki.

środa, 24 grudnia 2008

Kolejna wigilia

Wigilja odkąd pamiętam zawsze mnie przygnębiała. Całe nerwowe przygotowania i sama kolacja. W tym roku dyżuruje w drugi dzień świąt, sobotę i niedzielę, dodatkowo później w Nowy Rok. Z różnych powodów zacząłem się ostatnio zastanawiać czy to co robię jest tym czego chcę w zyciu. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam pomagać ludziom (chociażby http://www.poradymedyczne.blogspot.com/ ) ale jest wiele rzeczy, których nie lubię w pracy lekarza: wstawanie rano, róznorakie protokoły i ograniczenia, nawał papierkowej pracy, dyzury takie jak ten nadciagajacy (warto tez wyjasnic, ze tutaj dyzur nie oznacza spania w dyzurce tylko bieganie po szpitalu, aby zrobic wszystko co potrzeba dla 400 pacjentow). Może trochę przygnębia mnie fakt, iż ciąglę wykonuję tą samą pracę (House Officer), już 13 miesięcy a jeszcze przynajmniej 7, co prawda dostałem niewielką podwyżkę, ale czuję się gotowy do wykonywania bardziej złożonych zadań. Znajomi, którzy zostali w Polsce już w większości rozpoczynają specjalizację i nie narzekają strasznie, kto wie gdzie byłbym szczęśliwszy. Denerwuje mnie fakt, że jako lekarze mamy płacone za czas spędzony w pracy a nie za jej efekty, z pewnoscią trudno jest porównać efekty. Są inne sposoby pomagania ludziom. Zresztą co ja tak na prawdę chciałbym robić w życiu? Zadajcie sobie pytanie: mając wystarczające środki finansowe jak spędzalibyście czas. Mi wcale nie marzy się leżenie na plaży i smarowanie brzucha kremem do opalania; nie marzy mi się również ciągłe podróżowanie, nurkowanie z rekinami i inne tego typu ekstrema. Chciałbym robić to co teraz, (no może nie jako house officer), ale w mniejszym wymiarze czasu w skali roku i dnia, tak by mieć czas na swe hobby, na dokształcanie/rozwijanie się, tak by mieć czas na odpoczynek. Czy praca jako lekarz mi na to pozwoli? A może me potrzeby zmienią się za jakiś czas?

Wesołych Świąt

poniedziałek, 17 marca 2008

Papierkowy poniedziałek i szalony dyżur

Początek dnia przywitał mnie stosem papierów do przerobienia. A pielęgniarki cały czas tylko donosiły dodatkowe, uporałem się z tym wszystkim do 12.30.W międzyczasie okazało się, że nie dostanę urlopu wtedy kiedy chciałbym ,ponieważ ktoś inny już sobie zarezerwował, i to wtedy kiedy ja jeszcze tu nie pracowałem :/ Po spotkaniu edukacyjnym, znowu miałem sporo pracy, ledwo wyrobiłem się do 17. A wieczorem znowu byłem on-call. Dzień był szalony, w sumie 15 przyjętych nowych pacjentów (zazwyczaj jest 2-3). Starałem się robić najważniejsze, rzeczy, ale na pełne badanie czy sprawdzenie wyników badań nie wystarczyło już czasu. Na kolację niestety też nie. Jestem padnięty.

niedziela, 16 marca 2008

Pierwszy weekend w nowym miejscu

Kolega pierwszy raz miał weekendowy dyżur, zobaczyłem, że jest średnio zorganizowany, postanowiłem więc mu pomóc. Miałem w planach tylko zrobienie zakupów, więc myślałem że pomogę mu z dwie godzinki i pójdę kupić produkty do opustoszałej lodówki. Niestety na miejscu sytuacja okazałe się dosyć poważna. Kolega był sporo w plecy ze wszystkim, a i przecież dodatkowe zadania cały czas się pojawiają. No cóż, jutrzejsze śniadanie będzie wyjątkowo skromne i jutro wyruszę na zakupy. Strategia wrzucania młodych lekarzy na głęboką wodę nie wydaje mi się do końca słuszna, może to przecież stworzyć potencjalnie niebezpieczną dla pacjentów sytuację. Szczególnie zostawienie kogoś samego na weekendowy dyżur w pierwszym tygodniu jego pracy! Na szczęście z moją pomocą udało się opanować sytuacje.

środa, 20 lutego 2008

Busy times.

Pracy może być tylko więcej. Kiedy drużyna jest on-call i dodatkowo drugi stażysta z teamu jest on-call to może zrobić się gorąco. Ale można nauczyć się ważnych rzeczy: planowania, zarządzania czasem, zwiększania wydajności i ustalania priorytetów w dynamicznie zmieniających się warunkach. Umiejętności, które przydać się mogą w różnych sytuacjach życiowych, szczególnie kryzysowych.

sobota, 9 lutego 2008

Wrażenia.

Większość z tego co dzieje się w międzyczasie jest już normalką, przyzwyczaiłem się do tego i jest już trochę spokojniej. Ale w medycynie zawsze są jakieś niespodzianki. Wczoraj, na kolejnym 13 h ostrym dyżurze przyjmowałem jednego pacjenta, dosyć skomplikowany, do nas zgłosił się z bólem brzucha, zlokalizowanym głównie wokół jego okołopępkowej przepukliny, ale gdy odsłoniłem jego nogi, aby zbadać tętno zobaczyłem coś niesamowitego. Jego nogi, głównie kostki i podudzia były olbrzymio obrzęknięte, dodatkowo prawa była strasznie zaczerwieniona, muszę przyznać, że coś takiego widziałem jedynie w podręcznikach, ale nie przez 6 lat studiów medycznych czy później w trakcie pracy.

Nie ma tu zbyt wielu Polaków, zupełnie inaczej niż w Londynie przeważają tutaj typowi WASPS (white anglo-saxon protestants), z tego co wiem w szpitalu pracuje jeszcze dwójka polskich lekarzy, ale poza potomkami rodzimych emigrantów sprzed lat, nie miałem styczności z żadnymi polskimi pacjentami, do dzisiaj... Byłem już właściwie po pracy, ale dokańczałem jakieś papierkowe szczegóły i gdy miałem wychodzić pielęgniarki poprosiły mnie, abym wytłumaczył parę kwestii rodakowi. Wcześniej słyszałem, że była jakaś operacja pękniętej śledziony z całym mnóstwem krwi, ale nie znałem dokładnych szczegółów. Okazało się, że rzeczywiście parę kwestii wymagało wyjaśnienia, wytłumaczyłem kwestię PCA, fakt zacewnikowania i braku potrzeby wołania siostry w sprawie kaczki, jak i to co się stało i stanie w niedługim czasie. Jakimś dziwnym trafem, zostałem troszkę dłużej i przydałem się nawet bardziej niż zazwyczaj, i jakieś takie poczucie satysfakcji z niesienia pomocy nawet większe ;)

czwartek, 7 lutego 2008

Piątek. Kolejny on-call.

Muszę przyznać, że mam szczęście, miałem przez cały dzień do przyjęcia tylko jedną pacjentkę. Prezentowała typowy zespół CREST, a do nas zgłosiła się ze względu na ból prawdopodobnie niedokrwionego palca. Pomimo, że mówiła, iż BARDZO trudno pobrać od niej krew, udało mi się to za pierwszym razem, sam się zdziwiłem, robię się w tym coraz lepszy. Na oddziale też spokojnie, trochę ze względu na panującą epidemię wirusowej biegunki a trochę też ze względu na niewielką liczbę pacjentów. Jedna pani, która myślałem, iż nie przetrwa świąt ma się coraz lepiej, jeszcze jakiś czas temu nie do pomyślenia. Mam suchą skórę od wcierania w ręce alkoholowego żelu odkażającego, ale lepsze to niż ciężka biegunka. Tradycyjnie już, gdy dyżuruję do 17, o 16.55 odzywa się bleep - to dzwoni GP (brytyjski odpowiednik lekarza rodzinnego), że ma do przekazania pacjenta, prawdopodobnie z zapaleniem wyrostka. Dlatego dyżurując nigdy nie opuszczam szpitala przed punkt 17, ale pacjentem zajmie się już zmieniający mnie stażysta. Pora rozpocząć kolejny weekend, chyba wybiorę się na wycieczkę do Southampton.

sobota, 2 lutego 2008

Poświąteczny czwartek.

Nigdy nie wiadomo, co jest nam pisane, pacjentka, która wyglądała tak kiepsko chociaż dalej ciężka to jakoś się trzyma, natomiast inna, która wyglądała jeszcze w poniedziałek całkiem ok, zmarła wczoraj w nocy; nie znasz dnia, ani godziny :/ Dodatkowo rano dowiedziałem się, że znowu jestem on-call, trochę mnie to zdziwiło, bo jeszcze nie zdążyłem się otrząsnąć po poprzednim dyżurze, ale cóż, takie życie. Cały czas mój konsultant jest on-call, więc wszyscy nowi pacjenci trafiają do nas i w związku z tym obchód strasznie się przeciąga. Jedna z pacjentek znowu wróciła, wyglądała kiepsko, znacznie gorzej niż ostatnio, chociaż mówiła coś pod nosem, że jest dobrze. Dodatkowo mój bleep zaczyna się odzywać, lekarze pierwszego kontaktu chcą bym obejrzał kilku pacjentów, ok. w końcu jestem on-call. Pierwsza pacjentka z bólem brzucha, trochę niepokoi mnie to, że mogę wyczuć u niej pulsującą aortę brzuszną, zwłaszcza po ostatnich przypadkach ogromnych tętniaków aorty, doprowadzających pacjentów do wykrwawienia się. Może jestem przeczulony, bo registrar on-call nic nie podejrzewa. Później pani z bólem brzucha i zawrotami głowy, wyglądała trochę dziwnie, ale wyniki i zdjęcia wyglądają ok., więc została wysłana do domu. Jeden z pacjentów został odesłany dużo wcześniej, miał trochę spuchniętą ranę pooperacyjną, bez żadnych znaków zakażenia, więc nie ma sensu trzymać go na oddziale. Później zjawił się jeszcze pacjent z bolesnym brzuchem, biegunką i krwawiący z odbytu. Załatwienie wszystkich potrzebnych rzeczy zabrało sporo czasu, postanowiłem wraz z kolegą z drużyny podsumować wypełnione zadania, gdy zauważyłem, że wykreśla z naszej listy jedną z pacjentek, domyślałem się co się stało, potwierdził skinieniem głowy. RIP.

piątek, 25 stycznia 2008

Pierwszy całodzienny, weekendowy on-call.

Niezła masakra, ale jak na razie jestem zbyt zmęczony aby to wszystko opisać.

Przedświąteczna Niedziela, więc jestem na oddziale, a właściwie na dwóch sam, dodatkowo pierwszy raz dyżuruję od 8 rano do 21, ale na poprzednich dyżurach miałem szczęście do niewielkiej liczby przyjmowanych pacjentów, więc powinno być OK. Tak…, był to prawdziwy chrzest bojowy, praca na pełnych obrotach przez praktycznie 95% czasu, ale jako rzecze przysłowie, co mnie nie zabije to mnie wzmocni ;)

Poranny obchód w takiej sytuacji obejmuje wszystkich pacjentów na obydwu oddziałach a nie tylko pacjentów mojej drużyny (co Ci ludzie robią w szpitalu przed świętami, muszą być bardzo cierpiący, że akurat teraz tu przychodzą) trwał więc wyjątkowo długo, ale prawdziwa zabawa rozpoczęła się dopiero po nim. Co miałem zrobić? Czekało kilkanaście krwi do pobrania, kilka wenflonów do założenia, skierowania na badania dodatkowe, plus co chwilę pielęgniarki prosiły o wypisanie jakichś leków, płynów czy czegoś innego – w końcu byłem jedynym uprawnionym do tego na oddziale. Oczywiście jakby tego było mało pojawili się pacjenci do przyjęcia a lista zdań do wykonania, którą zrobiły mi pielęgniarki tylko rosła. A jak tu pobrać krew od pacjentki ważącej 35kg z cieniutkimi żyłkami? Miałem szczęście, że jedna z sióstr zrezygnowała ze swojego obiadu, dzięki czemu na króciutkiej przerwie miałem co jeść. Skierowania na prześwietlenie wypisywałem prowadząc pacjenta na radiologię itd. Okazało się, że dodatkowo muszę osobiście podać pacjentowi dożylny kontrast i obserwować czy przypadkiem nie wpada we wstrząs (przynajmniej znalazła się chwila na wypicie kawy uprzejmie zrobionej przez panią radiograf). Starałem się na bieżąco uporać z narastającymi problemami, ale nie było widać końca. Zazwyczaj jem jakiś posiłek co 3-4 godziny, ale byłem tak zajęty, że nie zauważyłem kiedy zaczęła zbliżać się 21. Na szczęście udało się załatwić znaczną większość rzeczy, które były do zrobienia i mogłem spokojnie przekazać pozostałe sprawy zmieniającej mnie koleżance. Napięcie opadło i odezwał się żołądek, cudowne wynalazki ludzkości – mikrofalówka, prysznic, łóżko.

czwartek, 24 stycznia 2008

Tydzień czwarty.

Przebiegał wyjątkowo spokojnie, jako że wszyscy szykowali się do zbliżających się świąt, co oznaczało bardziej wypisywanie pacjentów do domu niż przyjmowanie na oddział. Podczas mojego wtorkowego dyżuru, bleep odezwał się pierwszy raz o godzinie 8:01, pomyślałem sobie, no to ładnie, teraz się zacznie… Okazało się, że jednemu z pacjentów podczas nocy wypadł wenflon i trzeba było założyć nowy. Pomimo, iż był dosyć otyły i nie miał rewelacyjnych żył udało mi się to za pierwszym razem. A cała reszta dyżuru? Bleep odezwał się już tylko dwa razy, na około piętnaście minut przed zakończeniem pracy, oznaczało to tylko tyle, że muszę przekazać wszystkie dane zmieniającemu mnie stażyście, a sam tak naprawdę nie przyjąłem żadnego pacjenta. Taka karma ;) Cały tydzień upłynął pod znakiem przeziębienia, które męczyło nie tylko mnie, ale sporą część osób w szpitalu. Niby typowe dla zimy, ale jest tu znacznie cieplej, myślałem więc, że tu się nie choruje. Dodatkowo na dwóch z oddziałów wystąpiła epidemia wirusowej biegunki, wszyscy pracownicy w związku z tym czyścili ręce nawet częściej niż potrzeba. W niedzielę mój pierwszy on-call do godziny 21, nie dość, że będę sam to dłużej niż zazwyczaj, zobaczymy co będzie się działo.

sobota, 22 grudnia 2007

Dzień Piąty.

Pierwszy on-call day. Więc o co w tym całym „on-call” tak naprawdę chodzi, że wszyscy tak panikują na sam dźwięk tego słowa? Generalnie chodzi o to, że poza zwykłymi pacjentami, którymi się zajmujesz masz jeszcze bonusowych. Otóż dzwonią do Ciebie GP (lekarze rodzinni) i mówią, że mają takiego i takiego pacjenta, żeby go zbadać chirurgicznie, prosisz aby wysłać pacjenta na A&E (Accidents and Emergency). Ty organizujesz dla pacjenta łóżko i po jego pojawieniu się badasz go, pobierasz krew/zakładasz wenflon, wypisujesz płyny i leki, później kontaktujesz się z dyżurującym lekarzem, który jest starszy stażem, aby go obejrzał i zdecydował o dalszym postępowaniu, później oczywiście zajmujesz się tym pacjentem na oddziale. Jest to bez wątpienia dużo więcej roboty niż dyżur podczas stażu w Polsce. Szansa wezwania na A&E przynajmniej kilkukrotnie w ciągu dyżuru była duża, a prawdopodobieństwo braku wiedzy o tym, co należy zrobić, znacznie większe.
Mój pierwszy dyżur przebiegał na szczęście dosyć spokojnie, zajmowałem się swoimi pacjentami i przyszedł pierwszy pacjent przeniesiony z interny w związku ze zmianami stwierdzonymi podczas gastroskopii. Musiałem upewnić się, że będzie miał wykonane zlecone wcześniej TK, przepisać mu płyny i zająć się nim dalej. W międzyczasie dowiedziałem się, że za niedługo na A&E zjawi się pacjent, którego będę miał obejrzeć. Chwilę później spotkałem studenta ostatniego roku medycyny, który chętnie chciał zobaczyć co robię i mi pomóc. Pobraliśmy wspólnie krew od kilku pacjentów, gdy zadzwonił mój bleeper – właśnie zjawił się pacjent. Zeszliśmy więc razem na A&E, krótki wywiad, badanie i zjawił się chirurg on-call, okazało się, że można pacjenta odesłać, zostawić go na antybiotykach i poczekać co będzie się działo później. Reszta dnia przebiegała spokojnie, nawet pomimo bleepa, który dostałem w trakcie lunchu. Na pół godziny przed końcem dyżuru chirurg zapytał mnie co robię później, bo mógłbym mu asystować w operacji wycięcia wyrostka. Musiałem zjeść jakąś kolację, dał mi więc na to 30 minut. Wróciłem szybko do domu i zacząłem przygotowywać kolację, gdy na 10 minut przed końcem dyżuru zadzwonił beeper. Kolejna pacjentka, której już i tak nie zobaczę, ale ok, przekażę wszystko zmieniającemu mnie doktorowi. Musiałem się sprężyć, aby wyrobić się jeszcze na czas na salę operacyjną, na szczęście anestezjolodzy zrobili sobie przerwę, więc jakoś to się udało. Jako, że nie zamierzam być chirurgiem, mój pobyt na Sali operacyjnej zawsze ograniczał się do oglądania i ewentualnie niewielkiej pomocy, tym razem byłem pierwszym asystentem chirurga. I było całkiem spoko, operujący doktor ma bardzo pedagogiczne podejście i nie denerwował się, gdy robiłem coś nie dokładnie tak jak on chciał. Wycinany wyrostek okazał się wyjątkowo długi (ok. 15cm), tak samo jak przedłużyła się jego operacja, skończyliśmy kwadrans przed 20, gdy o 20 mieliśmy wychodzić na spotkanie wszystkich pielęgniarek, recepcjonistek, lekarzy i innych pracujących na moim oddziale. Więc znowu pośpiech, ale jakoś się udało. A opisanie tego co się działo na samej imprezie wymagałoby chyba oddzielnego pamiętnika ;)

wtorek, 18 grudnia 2007

Dzień Pierwszy.

Jest wieczór, pierwszego dnia mojej pracy jako lekarza. Nie wyleczyłem dziś wielu pacjentów, ba nie miałem z żadnym kontaktu. Za to załatwiłem całą masę papierów i formalności, poznałem innych stażystów i trochę zorientowałem się w strukturze szpitala. Trochę tych formalności pomimo pracy wstępnie na 2,5 miesiąca było: kilkustronny kontrakt, formularz zwrotu kosztów podróży, zapisanie się do planu emerytalnego, formularze związane z podatkami, niekaralnością, warunki pracy, dyżurów i urlopu, plus warunki wynajmu mieszkania; później jeszcze załatwić klucze, odpowiedni pager, medycyna pracy i identyfikator ze zdjęciem. Siedzę sobie w przytulnym pokoiku opłacanym przez szpital, droga tu była dosyć długa, i niewygodna i to i dosłownie i w przenośni. Dosłownie: tato podwiózł mnie samochodem do Bolesławca, później kolega zawiózł na lotnisko we Wrocławiu, samolot na Stanstead, później autobus na Victoria Station, i kolejny autobus by dojechać do mieszkania na Streatham Hill; przepakować się i po kilku godzinach snu autobus na Waterloo Station, pociąg, autobus do portu, przeprawa promem do i taksówka do szpitala, i to wszystko w przeciągu niespełna 20 godzin, przyznacie, że miałem prawo być zmęczonym.
 
Twoja wyszukiwarka