Twoja wyszukiwarka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on-call. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on-call. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 listopada 2009

Ostatnie nocki w chirurgii

Da tygodnie przerwy i znowu jestem na nockach. Co się wydarzy tym razem? Poprzedni tydzień nocek był dużo spokojniejszy niż ten pierwszy, mam nadzieję, że również ten.
I był dosyć sensowny, spokojny strumień pracy, do której przywykłem bez większych niespodzianek. Oczywiście były momenty gdy trzeba było odrobinę przyspieszyć, ale taka już natura dyżurowania. Niestety, jako, że poprzednie nocki miałem niedawno zmęczenie dawało się we znaki, tydzień nocnych dyżurów, kiepski sen w dzień wytrąca człowieka z równowagi i podejmowanie sensownych decyzji jest cięższe niż podczas dnia.
Wszystko jednak się skończyło, tydzień wolnego, weekend w Paryżu i później tydzień tzw Taster Week, coby zasmakować Psychiatrii i praktycznie skończyłem już pracę w ortopedii.

niedziela, 8 listopada 2009

Nocki 2

Kolejny tydzień nocek, sam się zgłosiłem (koleżanka ze względów zdrowotnych nie mogła wtedy pracować a mi obiecano dodatkowy tydzień urlopu).
Dosłownie w pierwszej minucie zostałem poproszony o potwierdzenie zgonu, pomyślałem sobie - no ładnie się zaczyna, ale tak naprawdę większość tygodnia była spokojna.
W związku z jesienią dużo więcej jest infekcji dróg oddechowych i pacjenci internistyczni zajmują łóżka chirurgiczne, wtedy zajmuję się nimi lekarz pracujący na internie. Ze względu na natłok pacjentów wstrzymano nawet niektóre planowe operacje chirurgiczne, co oznacza mniej pacjentów i potencjalnych komplikacji/problemów.
Było dosyć spokojnie, ale zawsze w ciągu tygodnia coś do roboty się znajdzie.

Jednym z momentów, który na pewno utknie w mej pamięci był widok poroninego 12-tygodniowego płodu, jeszcze połączonego do pępowiny. Młoda matka, zrozpaczona, chciała koniecznie opuścić szybko szpital pomimo tego, iż nie wydaliła jeszcze łożyska. Jednym z najtragiczniejszych przeżyć dla kobiety jest zapewne poronienie. Widok kilkunastotygodniowego plodu zwisającego na pępowinie między nogami matki jest dość szokujący. Jedyne co mogliśmy robić to zapewniać, że to nie jej wina i prosić matkę aby została aby usunąć łożysko, ponieważ chciała jak najwcześniej wracać do domu. Na szczęście udało się wytłumaczyć, że grozi to niebezpiecznym krwawieniem, infekcją i zagraża przyszłą niepłodnością. Trudno do końca wczuć się w jej sytuację, w takich momentach przydała by się pomoc psychologa, jednak takich możliwości nie ma w środku nocy i pozostaje jej tylko to na ile ja jestem ją w stanie pocieszyć.

Pomimio tego, że nie śpi się całą noc trudno jest przespać się w trakcie dnia. Zmęczenie akumuluje się stopniowo przez cały tydzień.

Pomimo dosyć spokojnego tygodnia ostatni dzień zaczął sie nieciekawie, 4 pacjentów oczekujących na zobaczenie i pełna izba przyjęć – co oznacza kolejne skierowania. Pomimo spraw do zrobienia na oddziałach nie byłem w stanie opuścić A+E do 3 w nocy.

Na oddziale ortopedycznym często podejmuje się operacji zdecydowanie starszych i nie do końca zdrowych osób wychodząc z założenia, że nie przeżyli by leżenia w łóżku przez kilka tygodni, tak by złamanie się zagoiło. Niestety często zdarza się, że takie osoby umierająw trakcie operacji lub wkrótce po niej w wyniku komplikacji. Jeśli już ortopeda zdecydował się operować to często zapada decyzja, że pacjent nie jest do reanimacji w wypadku zatrzymania krżąenia, jednak do pełnego aktywnego leczenia. Pozostawia to często bardzo chorego pacjenta do opieki przez minimalna ilość pracowników medycznych w nocy. I oczywiście to zdarzyło się w ostatnią noc.

Kilka godzin zmagań po których zdecydowaliśmy wspólnie z bardziej doświadczonymi kolegami, że tej sprawy już nie wygramy. Tuż przed samym zakończeniem nocek zostałem wezwany by poświadczyć zgon.

Niemalże klamra, jaki początek taki koniec. Teraz tydzień wolnego by dojść do siebie, tydzień zwyczajnej pracy i znowu nocki.

piątek, 21 sierpnia 2009

SHO, początki FY2 w ortopedii

Niedawno skończyłem pierwsze dnie pracy jako SHO (senior house officer) , i co za czas to był.

Wiedziałem, że będzie sporo do roboty, bo zamiast 6 SHO byłem tylko ja i na dodatek to ja przyjmowałem nowych pacjentów. Jakby tego było mało w ten sam dzień zaczynali nowi stażyści (FY1), którzy oczywiście nie mieli wielkiego doświadczenia, więc potrzebowali odrobinę pomocy.

To wszystko w sumie dało bardzo długie i pracowite zmiany.

Pracując z nowymi FY1 uświadomiłem sobie jak wiele przez ten czas się nauczyłem, ile rzeczy stało się wręcz oczywiste.

Polubiłem nawet wyjaśnianie różnych aspektów mniej doświadczonym kolegom, chciałbym być w tym dobry.

Każdy etap przynosi ze sobą nowe wyzwania, już niedługo nocki na których jestem sam i zajmuję się wszystkimi pacjentami i nowymi przyjęciami z chirurgii, ortopedii, laryngologii i ginekologii, podczas gdy bardziej doświadczeni koledzy śpią i raczej nie chcą być obudzeni do rana. To będzie wyzwanie!

środa, 7 maja 2008

Praca w nowej drużynie - urologia.

Zamiast wolnych 1,2 i 3 maja Anglicy mają wlny zawsze pierwszy poniedziałek maja, wracaliśmy więc po długim weekendzie we wtorek i wydawało mi się, że pracujemy jeszcze jeden dzień w starym teamie. Pojawiłem się nawet na porannym Trauma meeting i byłem maglowany z interpretacji jednego x-raya. Okazało się jednak, że pracujemy już w nowych drużynach, dołączyłem więc do robiących obchód urologów. Słyszałem, że praca na urologii jest dosyć spokojna i rzeczywiście miałem tylko kilku zamiast dwudziestu kilku pacjentów, jestem jednak jedynym house officerem w dużynie, wszystko więc spoczywa na moich barkach. Przed 11 dowiedziałem się, że moge już przyjść na pre-assessment, czyli ocenę stanu zdrowia pacjentów przed operacjami, niestety troche to trwało... Nie wyrobiłem się na spotkanie z przedstawicielami zwiazku zawodowego lekarzy, ale najgorsze było to, że przez ponad godzinę byłem strasznie głodny, gdyż to właśnie pora lunchu. Reszta dnia minęła całkiem spokojnie.
Dziś za to byłem na całodniowym on-call, dobrze, ze nie miałem za dużo do zrobienia z pacjentami z mojej drużyny, ponieważ Ci ostrodyżurowi walili się drzwiami i oknami. Jeden z tych dni, gdy lista rzeczy do wykonania wydaje się tylko wydłużać i ma się ochotę wyrzucić bleep przez okno. Chyba najcięższe jest to, gdy spotyka sięjakiś przypadek po raz pierwszy i nie ma nikogo by powiedzieć, że to jest tak a to tak. Doświadczenie... tylko w ten sposób sięje zdobywa. Na szczęście do 21 udało się uporać niemalże ze wszystkim. Prosta, lecz ważna zasada: First things first.

niedziela, 16 marca 2008

Pierwszy weekend w nowym miejscu

Kolega pierwszy raz miał weekendowy dyżur, zobaczyłem, że jest średnio zorganizowany, postanowiłem więc mu pomóc. Miałem w planach tylko zrobienie zakupów, więc myślałem że pomogę mu z dwie godzinki i pójdę kupić produkty do opustoszałej lodówki. Niestety na miejscu sytuacja okazałe się dosyć poważna. Kolega był sporo w plecy ze wszystkim, a i przecież dodatkowe zadania cały czas się pojawiają. No cóż, jutrzejsze śniadanie będzie wyjątkowo skromne i jutro wyruszę na zakupy. Strategia wrzucania młodych lekarzy na głęboką wodę nie wydaje mi się do końca słuszna, może to przecież stworzyć potencjalnie niebezpieczną dla pacjentów sytuację. Szczególnie zostawienie kogoś samego na weekendowy dyżur w pierwszym tygodniu jego pracy! Na szczęście z moją pomocą udało się opanować sytuacje.

środa, 20 lutego 2008

Busy times.

Pracy może być tylko więcej. Kiedy drużyna jest on-call i dodatkowo drugi stażysta z teamu jest on-call to może zrobić się gorąco. Ale można nauczyć się ważnych rzeczy: planowania, zarządzania czasem, zwiększania wydajności i ustalania priorytetów w dynamicznie zmieniających się warunkach. Umiejętności, które przydać się mogą w różnych sytuacjach życiowych, szczególnie kryzysowych.

poniedziałek, 11 lutego 2008

Dyżurowanie

Dzisiaj dodatkowo sam byłem on-call. Przez noc lista pacjentów trochę się wydłużyła, tak, że mieliśmy dziś ponad 25 osób. Oznaczało to potrzebę jeszcze większego zwiększenia wydajności pracy. A przyjmowałem dziś całkiem ciekawych pacjentów. Pierwszy z nich miał masywne krwawienie do moczu, sam mocz był ciemno-czerwony, pierwszy raz coś takiego zobaczyłem i muszę się przyznać, że trochę się wystraszyłem, na szczęście stan był dosyć stabilny, więc nie trzeba było podejmować żadnych drastycznych kroków. Inny pojawił się z bardzo bolesnym ropniem okołoodbytniczym, paskudna dolegliwość, niby banalne ale bardzo bolesne i utrudniające funkcjonowanie, zwłaszcza kiedy nawraca tak jak u niego. Przyjmowałem też dziś pierwsze dziecko. Młody chłopczyk z niecharakterystycznym bólem brzucha. Kiedy miałem mu pobrać krew, nawet już z niemałym trudem zlokalizowałem jakąś żyłę i gdy już miałem wbijać igłę chłopczyk spojrzał się na nią i rozpłakał wniebogłosy. Razem z mamą i pielęgniarkami uspokajaliśmy go prawie kwadrans i w końcu dało się go namówić, na szczęście też pobrałem wystarczającą ilość krwi już przy pierwszym wkłuciu.

czwartek, 24 stycznia 2008

Tydzień czwarty.

Przebiegał wyjątkowo spokojnie, jako że wszyscy szykowali się do zbliżających się świąt, co oznaczało bardziej wypisywanie pacjentów do domu niż przyjmowanie na oddział. Podczas mojego wtorkowego dyżuru, bleep odezwał się pierwszy raz o godzinie 8:01, pomyślałem sobie, no to ładnie, teraz się zacznie… Okazało się, że jednemu z pacjentów podczas nocy wypadł wenflon i trzeba było założyć nowy. Pomimo, iż był dosyć otyły i nie miał rewelacyjnych żył udało mi się to za pierwszym razem. A cała reszta dyżuru? Bleep odezwał się już tylko dwa razy, na około piętnaście minut przed zakończeniem pracy, oznaczało to tylko tyle, że muszę przekazać wszystkie dane zmieniającemu mnie stażyście, a sam tak naprawdę nie przyjąłem żadnego pacjenta. Taka karma ;) Cały tydzień upłynął pod znakiem przeziębienia, które męczyło nie tylko mnie, ale sporą część osób w szpitalu. Niby typowe dla zimy, ale jest tu znacznie cieplej, myślałem więc, że tu się nie choruje. Dodatkowo na dwóch z oddziałów wystąpiła epidemia wirusowej biegunki, wszyscy pracownicy w związku z tym czyścili ręce nawet częściej niż potrzeba. W niedzielę mój pierwszy on-call do godziny 21, nie dość, że będę sam to dłużej niż zazwyczaj, zobaczymy co będzie się działo.

wtorek, 1 stycznia 2008

Tydzień trzeci, Poniedziałek.

Po weekendzie , w związku z tym, że nasz Konsultant dyżurował, przybyła cała rzesza nowych pacjentów, na dodatek rozrzuceni po różnych oddziałach, sam obchód zajął jakieś półtora godziny, a na dodatek byłem on-call… Po jakimś czasie uporaliśmy się jakoś z wszystkimi problemami pacjentów, kiedy dowiedziałem się, że jeden z pacjentów podczas weekendu zmarł. Było to dosyć szokujące, ponieważ co prawda miał rozległą operację, ale przed nią poza nowotworem był całkiem zdrowy, sam go zresztą badałem przy przyjęciu. I wydawało się, że jest w coraz lepszym stanie po operacji, ale trudno, trzeba się z takimi rzeczami jakoś pogodzić i starać się pomagać następnym pacjentom. Pierwszy raz tego dnia zadzwonił mój bleep, jakaś pacjentka z martwiczą stopą cukrzycową, miała silne bóle i pieczenie, kazałem więc ją przysłać na izbę przyjęć. Stopa nie wyglądała tak źle jak się spodziewałem, ale pani wyraźnie cierpiała, i to z wielu powodów, na dodatek miała bardzo wysoki cukier, trzeba było jej pomóc, kawałek po kawałku. W międzyczasie dostałem telefon z prośbą aby przyjąć kolejną pacjentkę. Z pomocą mojego Registrara, zdecydowaliśmy, aby wysłać pierwszą panią do domu, ponieważ sprawdzony Dopplerowo dopływ krwi do stopy był zadowalający i w związku z tym trzeba było przede wszystkim zadziałać na poziom cukru i ból. Drugą pacjentkę jednak trzeba było przyjąć na oddział, miała bóle i narastającą żółtaczkę, trzeba było zrobić jej dokładniejsze badania. Cała robota z przyjęciem pacjentki na oddział, zbadaniem, pobraniem próbek krwi i przepisaniem leków zajęła mi sporo czasu, zorientowałem się, gdy było już godzina po wyznaczonym końcu mojego dyżuru, musiałem więc przekazać wszystkie moje sprawy zmieniającemu mnie stażyście. Uff, jakoś udało się przeżyć ten dzień.
 
Twoja wyszukiwarka